Moja wyprawa Szlakiem Orlich Gniazd rozpoczęła się w Częstochowie, gdzie swój początek ma słynna czerwona trasa prowadząca aż do Krakowa (podróż można również rozpocząć w Krakowie i skończyć w Częstochowie). W całości trasa liczy około 160 kilometrów, ale ja zdecydowałem się na własny wariant i zakończyłem trekking w Ojcowie.
Wytyczona przeze mnie trasa nie była wiernym odwzorowaniem czerwonego Szlaku Orlich Gniazd. Chcąc uatrakcyjnić trekking, dodałem do niego niezwykle malownicze i bardzo ciekawe miejsca, takie jak Góra Bukowie. Często szedłem własnymi ścieżkami, choć co jakiś czas przecinałem szlak i przez kilka kilometrów korzystałem z jego uroków.
Decyzja o zmianie przebiegu wyprawy miała swoje powody. Spacery po dużych, zatłoczonych miastach nie dają mi szczególnie dużej satysfakcji, dlatego zakończenie trasy w klimatycznym Ojcowie wydawało mi się znacznie lepszym rozwiązaniem.
Podróż odbyła się na początku marca, czyli poza tak zwanym sezonem. To świetny moment — brak turystów oznacza ciszę, spokój i możliwość delektowania się naturą w samotności. Do wyjazdu przygotowywałem się od dłuższego czasu, choć bez wyznaczonej konkretnej daty. Czekałem na odpowiednie okno pogodowe. Gdy w prognozach pojawiło się kilka dni pełnych słońca, właściwie z dnia na dzień podjąłem spontaniczną decyzję, spakowałem plecak i wyruszyłem w drogę.
Startujemy z Warszawy do Częstochowy
Z Warszawy udałem się do miejscowości oddalonej o kilka kilometrów od Ojcowa, aby na czas wędrówki zostawić samochód w zaprzyjaźnionej agroturystyce. Stamtąd autobusem pojechałem do Krakowa na dworzec, skąd pociągiem wyruszyłem do Częstochowy. Już w południe na Starym Rynku mogłem oficjalnie rozpocząć wyprawę, pokonując pierwsze 17 kilometrów szlaku.
To była moja pierwsza podróż tego typu, zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Świadomość, że idę ku nieznanemu, wywoływała we mnie mnóstwo pozytywnych emocji. Byłem bardzo podekscytowany myślą, że czeka mnie kilka nocy spędzonych w naturze.
Na obrzeżach Częstochowy, zbliżając się do linii lasu, mijałem zakłady, siedziby firm, biura i fabryki. Mimo że była sobota, około godziny 13:00, panował tam ruch. Ludzie kończyli pracę i kierowali się z powrotem do miasta. Dziesiątki osób maszerowały w tym samym kierunku po obu stronach ulicy, a ja jako jedyny szedłem w przeciwną stronę, z ogromnym, ważącym około 25 kilogramów plecakiem. Sprzęt fotograficzny, przyczepiony do plecaka aparat i statyw sprawiały, że wyglądałem, jakbym szykował się na wyprawę w Himalaje. Nic dziwnego, że wszyscy patrzyli na mnie jak na kogoś z innego świata.
Cóż, zupełnie nie pasowałem do otoczenia i być może faktycznie wyglądałem jak kosmita, ale w ich spojrzeniach czułem ciekawość i zdziwienie — dokąd właściwie idę i po co? Wtedy właśnie dotarło do mnie, jak wielkie mam szczęście. Mogę zrobić coś szalonego, przeżyć przygodę i iść w kierunku, który sam wybiorę. Podczas gdy ten tłum ludzi wracał do codziennych obowiązków — zakupów, gotowania obiadu i prozy życia — ja mogłem wszystko i nie musiałem nic.
Góry Towarne z widokiem na zamek w Olsztynie — pierwszy punkt, pierwszy nocleg
Z powodu silnego wiatru i dość niskiej temperatury, która w nocy spadła do -8 stopni, rozbiłem namiot poniżej szczytu, na małym kawałku trawy pomiędzy skałami i krzakami, tak aby mogło mnie ogrzać poranne słońce.
Wybór miejsca noclegu jest w tego typu podróżach strategiczną decyzją, która może pomóc lub zaszkodzić. Dlatego wyznaczając miejsce na nocleg, za każdym razem brałem pod uwagę siłę i kierunek wiatru, ustawiając w miarę możliwości namiot tak, aby o świcie słońce mogło mnie ogrzać i wysuszyć. Ważna jest także wysokość lokalizacji biwaku, starałem się rozbijać namiot możliwie najwyżej. Poza nagrodą w postaci pięknych widoków chodziło przede wszystkim o poczucie bezpieczeństwa w kontekście dzikich zwierząt, takich jak choćby dziki.
Dzień drugi i druga noc — góra Bukowie
Na kolejny dzień zaplanowałem do pokonania dystans 21 kilometrów. Trasa prowadziła przez ruiny Zamku Ostrężnik na górę Bukowie. Malownicza droga niemal w całości wiodła czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd, dopiero na końcu musiałem z niego zboczyć, by dotrzeć do celu.
Góra Bukowie to miejsce mało znane. Można tu więc liczyć na ciszę, spokój i próżno szukać śladów masowej turystyki. Na północnym zboczu wzgórza znajduje się bardzo ładna jaskinia, a także droga krzyżowa, której stacje prowadzą na sam szczyt.
Dzień chylił się ku końcowi, przyszła więc pora na nocleg. Rozbiłem namiot u podnóża wzgórza, gdzie spędziłem kolejną zimną noc. Rano obudził mnie porywisty wiatr, a cały krajobraz był zasypany śniegiem. Padało aż do 9:00 rano, co nadało mojej wędrówce jeszcze bardziej surowego klimatu.
Trzeci dzień, trzecia noc i góra Zborów
Tego dnia miałem do pokonania 18 kilometrów w stronę góry Zborów. Znajduję się tam też jaskinia Głęboka, którą można zwiedzać jedynie w sezonie. Trasa prowadziła również przez zamki w Mirowie i Bobolicach, bardzo rozpoznawalne miejsca na mapie zabytków Jury Krakowsko-Częstochowskiej.
Dopadł mnie tak zwany kryzys „trzeciego dnia”. Mocno dokuczał mi naciągnięty mięsień, który był w słabym stanie, utykałem i zaciskałem zęby, żeby iść dalej. Sprawy nie ułatwiał bardzo silny wiatr i powtarzające się co kilka godzin burze śnieżne, których prognozy wcale nie zapowiadały.
Byłem naprawdę załamany. Zaledwie trzy kilometry przed dotarciem do celu bardzo poważnie rozważałem rezygnację. Marzyłem, żeby zatrzymać się w jakiejś agroturystyce, wyschnąć i odpocząć w cieple. Byłem przemoczony, zmarznięty i wyczerpany. W trakcie toczenia tej wewnętrznej walki dotarło do mnie jednak, że nie po to wyruszyłem na tę wyprawę. Celem było przejście trasy pieszo, z noclegami wyłącznie w terenie.
Wziąłem się więc w garść i ruszyłem dalej. Kiedy dotarłem na miejsce planowanego noclegu, wciąż wiał porywisty wiatr, ale niebo się rozpogodziło, a kolejny dzień zapowiadał się bardzo pogodnie. Potrzebowałem jednak schronienia przed wiatrem i miejsca, gdzie mógłbym wysuszyć ubrania, więc zdecydowałem się na spędzenie nocy w jaskini. To okazało się świetną decyzją i niezapomnianym doświadczeniem.
Czwarty dzień, czwarta noc — Okiennik Wielki
Poranek w jaskini przywitał mnie niezwykle malowniczym wschodem słońca i równie pięknym księżycem, który akurat był widoczny przez otwór groty. Obudziłem się już w znacznie lepszej formie i nastroju.
Tego dnia trasa prowadziła w kierunku zamku w Ogrodzieńcu. Dystans wynosił 17 kilometrów, a ja po raz kolejny zboczyłem z czerwonego szlaku, by przejść przez Okiennik Wielki, to bardzo ciekawa grupa skał wapiennych. Po drodze mijałem także ruiny zamku Bąkowiec. Dzień zakończyłem biwakiem na zboczu Wzgórza Birów, skąd roztaczał się imponujący widok na Zamek Ogrodzieniec.
Piąty dzień, piąty nocleg — Pustynia Błędowska
Kolejnego dnia celem była Pustynia Błędowska. To był już piąty dzień zmagań i mam wrażenie, że do tego czasu zdążyłem się zaadaptować do ciągłego zimna, wilgoci i bólu całego ciała, nawet do naciągniętego mięśnia. Dyskomfort był wyraźny, ale nie na tyle, aby zmusić mnie do rezygnacji. Kontynuowałem więc trasę.
Tego dnia miałem do pokonania 22 kilometry. Była to ciężka i wyczerpująca wędrówka, ale po dotarciu na pustynię los wynagrodził mnie spektakularnym zachodem słońca. Rozpaliłem ognisko i spędziłem niezwykle przyjemny wieczór w wyjątkowych okolicznościach.
Jeśli będziecie kiedyś planowali zapuścić się w te rejony, warto pamiętać, że nocą i o poranku na pustyni występuje bardzo wysoka wilgotność. Jeśli więc nie chcecie, aby wszystko było mokre, namiot najlepiej rozbić w drzewach na granicy lasu z pustynią, a nie — choć to kuszące — na otwartej przestrzeni pustyni. Dlaczego o tym wspominam? Bo ja popełniłem ten błąd i poranek okazał się dość ciężki. Zasada ta dotyczy także noclegów na łąkach i polanach. Zawsze lepiej wybrać las lub jego obrzeża. To gwarantuje i piękny widok, i znacznie mniej wilgoci.
Szósty dzień, szósty nocleg — Camping Nasza Dolina
Przedostatni dzień mojej wędrówki prowadził mnie już niemal do samego Ojcowa. Dystans wynosił aż 35 kilometrów, zbyt dużo, by pokonać go jednorazowo. Postanowiłem więc podzielić drogę. Zaplanowana na ten dzień trasa liczyła 27 kilometrów i wiodła przez zamek Rabsztyn oraz Chatę Kocjana. U schyłku dnia dotarłem do Campingu Nasza Dolina, położonego w Sułoszowej, właściwie tuż przy granicy Ojcowskiego Parku Narodowego.
Biorąc pod uwagę liczbę dni, które miałem w nogach i narastające zmęczenie, była to jedna z bardziej wyczerpujących tras. Jeśli chodzi o nocleg, wyjątkowo na ten dzień nie miałem konkretnego planu. Początkowo zakładałem, że rozbiję się tuż przy wejściu do Ojcowskiego Parku. Jednak gdy wieczorem (a przecież mój trekking trwał od rana do zmroku) dotarłem do zamkniętego jeszcze campingu, postanowiłem zadzwonić do właściciela. Wyjaśniłem mu, że idę z Częstochowy do Ojcowa i bardzo potrzebuję miejsca na odpoczynek. Bez chwili wahania zgodził się, bym rozbił tam namiot i spędził noc. To był niezwykle życzliwy i miły gest. Tej nocy spałem bardzo dobrze.
Meta, siódmy dzień — Ojcowski Park Narodowy
Na ostatni dzień do pokonania zostało już tylko 8 kilometrów do Ojcowa i około 6 kilometrów, aby dotrzeć do samochodu, czyli łącznie 14 kilometrów. Ten odcinek okazał się najpiękniejszym fragmentem całej wyprawy. Trasa prowadzi przez serce Ojcowskiego Parku Narodowego.
Specjalnie zaplanowałem, aby dotrzeć tu w piątek, ponieważ mimo że to wciąż była końcówka zimy, to w weekendy z okolic Krakowa ściągają tu tłumy spacerowiczów. Dzięki temu miałem szczęście przejść ostatni etap w ciszy i spokoju, delektując się malowniczą trasą, którą miałem niemal wyłącznie dla siebie. To był cudowny finał całej przygody.
Czy trasa była dobrym pomysłem?
Niewątpliwe była to wspaniała przygoda. Bogata w doznania historyczne, zabytki, piękne krajobrazy i magiczny klimat. Nie brakowało „pokarmu” dla duszy, wspaniałych wschodów i zachodów słońca, majestatycznych skał wapiennych i niezapomnianych widoków. Okolica zdecydowanie należy do moich ulubionych miejsc w Polsce i warto ją odwiedzić o każdej porze roku. Ze względu na feerię barw, szczególną przyjemność daje malownicza jesień. Trzeba natomiast brać pod uwagę, że lato i jesień są najbardziej obleganymi przez turystów porami roku. Dlatego, jeśli ktoś chciałby mieć to trasę tylko „dla siebie” i przemierzać kolejne kilometry w kameralnej atmosferze, to najlepszym wyborem będzie przełom zimy i wiosny.
Jeśli chodzi o sam trekking, sporym ułatwieniem był fakt, że szlak regularnie przecina miasta i miasteczka. Dzięki temu można bez problemu coś zjeść lub uzupełnić zapasy, szczególnie wodę. Na trasie jest bowiem niewiele naturalnych zbiorników. Ja poradziłem sobie z tym tak, że każdego dnia kupowałem dużą butelkę wody w ostatnim możliwym sklepie przed dotarciem do celu. Wypijałem wtedy jak najwięcej „na zapas”, a dalej szedłem tylko z małą półlitrową butelką. W ten sposób miałem pewność, że wody mi nie zabraknie i jednocześnie nie dźwigałem zbędnych kilogramów.
Były jednak także minusy…
Część atrakcji, takich jak Góra Zborów czy góry Towarne, leży tuż przy drogach. To sprawia, że słychać odgłosy samochodów, co skutecznie psuje klimat i utrudnia pełne zanurzenie się w naturze. Niestety sporo odcinków trasy prowadzi przez ruchliwe szosy, a tiry i spaliny zdecydowanie nie umilają trekkingu.
Kolejna sprawa to śmieci. To straszny widok i duży zgrzyt w odbiorze całej trasy. Szczególnie pobocza dróg wyglądają fatalnie, czego nie dostrzega się z perspektywy samochodu, ale pieszy turysta widzi każdy plastikowy worek czy puszkę. I choć w dużych miastach problemu z czystością praktycznie nie ma, to w mniejszych miejscowościach i na terenach otwartych wciąż jest sporo do zrobienia. To jednak nie tylko kwestia włodarzy czy zarządców, ale przede wszystkim ludzi, którzy nadal nie dojrzeli do świadomości, że przestrzeń wspólna to nasza wspólna odpowiedzialność.
Było warto!
Wracając do podsumowania… Udało mi się przejść pieszo z Częstochowy do Ojcowa i zrealizować cały założony plan. Udało mi się również nagrać planowany film – zapraszam do obejrzenia na moim kanale YT. To doświadczenie na długo pozostanie w mojej pamięci i będę je bardzo dobrze wspominał.
Zdecydowanie zachęcam do pieszej lub rowerowej wyprawy Szlakiem Orlich Gniazd, bo to jedno z najpiękniejszych, magicznych i różnorodnych miejsc w Polsce. Szlak pozwala połączyć bliskość natury z jej wszystkimi walorami, bogactwo krajobrazów i nieco historii z trekkingowym wyzwaniem, które daje prawdziwą satysfakcję!


