O mnie

Poznaj moją historię

Jestem twórcą projektu The Outside Air — Outsider. Nazywam się Franciszek Goliszewski, a projekt Outsider w naturze nie jest tylko koncepcją, lecz moim stylem życia, całym mną. Choć ma swój początek, o którym za chwilę, to jest daleki od swojego końca. Mam nadzieję, uda mi się zarazić Was moją pasją, zaciekawić doświadczeniami i zachęcić Was do wspólnej przygody.

Jak to się zaczęło?

Droga do momentu, w którym zrodziła się koncepcja The Outside Air, była kręta i wyboista. Musiałem zatrzymać się w miejscu i znaleźć odpowiedź na kilka fundamentalnych pytań dotyczących samego siebie. To okazało się paradoksalnie jednym z najtrudniejszych zadań, z którymi się mierzyłem. Widocznie musiało „upłynąć sporo wody”, abym dojrzał do możliwości uczciwego spojrzenia w głąb siebie.

W spirali kłamstw

Dorastałem w notorycznym kłamstwie. Okłamywałem kogo się tylko dało, rodzinę, znajomych, każdą poznaną osobę i siebie samego. W poszukiwaniu akceptacji zatajałem swoją osobowość i wiele faktów, pokazując siebie takim, jakim chcieli mnie widzieć inni.

Skutki takiego stylu życia były opłakane. Jako młody chłopak, który powinien się rozwijać i budować swoją osobowość na solidnych podstawach, tak bardzo „wsiąkłem” w udawanie kogoś, kim nie byłem, że sam zapomniałem o tym, że to wszystko jest fikcją. Zgubiłem się. Byłem w tym na tyle przekonujący, że sam sobie dałem się nabrać. Trochę, jak z nałogiem, który zaczyna się niewinnie i daje człowiekowi poczucie, że wszystko jest pod kontrolą, ale granica jest bardzo cienka i nawet nie wiemy, kiedy ją przekraczamy, wpadając w problem okłamywania siebie tak głęboko, że poza ułudą nie widać już nic.

Życie w tej pełnej oszustw bańce doprowadziło mnie do poważnych problemów psychicznych i rozwojowych. Momentami ocierałem się już o zagrożenie życia na skutek złych wyborów, błędnych decyzji i nałogów.

Samotność nie musi być zła

Wiedziałem już, że jest źle i wiedziałem, że trzeba to przerwać. Najgorszy okres udało mi się zacząć ujarzmiać poprzez ciężką pracę i wsparcie ze strony rodziców. To im w dużej mierze zawdzięczam to, że dotarłem tu, gdzie dziś jestem. Wpoili mi ważne wartości, pokazali piękno, miłość, ale nauczyli również dyscypliny i ducha walki.

Aby móc dokonać przemiany i wyjść z opresji, musiałem odciąć się od wszystkich poza najbliższą rodziną. Zerwałem z mediami społecznościowymi i wszystkim, co mogło mnie choćby na chwilę ponownie pchnąć w stronę zmiany toku myślenia na poprzedni. Wiedziałem, że to sprowadzi mnie znów na złą drogę. To ten czas pozwolił mi zrozumieć, jak ważne i wartościowe jest dla mnie obcowanie ze sobą. Poczułem, że mam prawo być sam, że przebywanie bez kolegów i znajomych nie jest niczym złym i z całą pewnością nie stanowi powodu do wstydu, który wcześniej z tej przyczyny odczuwałem. Uznałem i szczerze poczułem, że samotność to część mnie i czułem się z nią bardzo dobrze. Pomagała mi utrzymać równowagę.

Zapisać czyste strony na nowo

Choć mogło się wydawać, że najgorsze za mną, sądziłem, że to już koniec problemów i wszystko zacznie się układać, to okazało się, że mocno się mylę, nie było to takie proste.

Byłem czystą kartką, bez tożsamości i świadomości siebie. Kartką dość mocno „pomiętą” na skutek wcześniejszych doświadczeń. Czułem się wrakiem człowieka. Jedyne, co miałem, to nowo odkryta umiejętność spędzania czasu ze sobą. Drugim, co odkryłem, było zamiłowanie do sportu. Choć akurat ta pasja tkwiła we mnie właściwie od zawsze, to wtedy zrozumiałem, że może mi pomagać i być moją bronią w walce o siebie. Sporty, w tym ekstremalne, deskorolka, freestyle narciarski, podróżowanie, stały się moją odskocznią. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że poza przyjemną formą spędzania czasu, ten kierunek stanie się ważniejszy, niż mogłem przypuszczać.

W poszukiwaniu siebie

Szukałem, próbowałem, smakowałem, chciałem zrozumieć siebie i to, kim chciałbym być. Czułem, że chcę odpokutować notorycznie popełniane błędy i uczynione zło, ciężko pracując i robiąc wyłącznie rzeczy konstruktywne. W tym czasie zacząłem nawet kilka kierunków studiów. Choć żadnego z nich nie udało mi się doprowadzić do końca, to ten etap pozwolił mi zrozumieć, jak ważne jest dla mnie poświęcanie cennego czasu na to, co mnie interesuje, zamiast „zapychać” wolne chwile czymkolwiek. Dokonałem odkrycia, że lubię się uczyć, co wcześniej wydawało mi się absurdalne.

Lubiłem się uczyć, ale po swojemu, znajdując tematy, które mnie ciekawiły i wyszukując materiały edukacyjne na własną rękę. To odkrycie wywarło na mnie bardzo duży impakt. Pozwoliło mi diametralnie zmienić pogląd na temat całej mojej osoby. Zacząłem postrzegać siebie, jako kogoś, kto lubi naukę, zdobywanie wiedzy, rozwój i kreatywność.

Droga do wnętrza poprzez muzykę

W końcu mnie olśniło. Stwierdziłem, że zostanę twórcą muzyki elektronicznej. Inspiracją był jeden z ulubionych artystów, po którego występie zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie nie mógłbym robić czegoś tak wspaniałego i magicznego? Obiecałem sam sobie, że poświęcę wszystko, by zostać muzykiem.

Stało się to moim marzeniem. Przez jakieś 7 lat ciężko pracowałem na jego spełnienie. Uczyłem się dniami i nocami. Wpadłem w ten świat tak głęboko, że zupełnie się w nim zatraciłem. Doświadczyłem załamania nerwowego z powodu przepracowania i braku snu przez bardzo długi okres. W tym samym czasie zrezygnowałem z uczelni i pracowałem na etacie. Muzyka natomiast była moim drugim etatem. Na sen, odpoczynek, nie mówiąc o ruchu i wysiłku fizycznym, nie starczało doby.

Chciałem być najlepszy, doskonały i nadrobić stracone chwile. Choć dziś patrzę na to zupełnie inaczej i wiem, że ten czas nie był zmarnowany, bo jak mógłby być, skoro poświęciłem go na uratowanie siebie..?

Poprzez muzykę mogłem wyrażać siebie, kreować, czułem się wolny. Złudne jednak było przekonanie, że tego właśnie szukałem i dość szybko poczułem, że coś jest wciąż nie tak. Nie mogłem pozbyć się myśli, że czegoś brakuje, coś we mnie „zgrzytało”, jakby nie było naturalne i spójne ze mną.

Tworzenie muzyki było dla mnie bardzo emocjonalne, czułem się z nią bardzo związany, kreowałem własny styl i pielęgnowałem oryginalność. Poczucie wewnętrznej sprzeczności jednak nie ustawało i miałem wrażenie, że znowu zaczynam coś udawać. A to była droga, na którą zdecydowanie nie chciałem wracać.

Z wewnętrznym uporem w poczucie zagubienia

Chociaż czułem, że wolę ciszę, spokój myśli i wcale nie gra mi w głowie muzyka, to zaszczepiona głęboko wytrwałość, siła i samodyscyplina, którą musiałem w sobie wykształcić do walki z nałogami i samym sobą, pchała mnie dalej obraną ścieżką. Kontynuowałem więc konsekwentnie, tłumacząc sobie, że ten chaos, to tylko złe myśli i nie mogę im ulegać.

Mimo że każdą wątpliwość starałem się zagłuszyć, to myśli o tym, że spędzam każdego dnia po kilkanaście godzin w pokoju, bez słońca i ruchu, nie dawały mi spokoju. Coś mi podpowiadało, że nie jest tak, jak powinno, coś robię nie tak, marnuję piękno życia, spędzając je przed komputerem.

Zacząłem wyjeżdżać, a wyjazdy planowałem po to, żeby nie zwariować od ciągłego siedzenia w studiu. Na każdy z nich zabierałem jednak swoje narzędzie pracy — laptopa. Siedząc zaś podczas wypadów nad produkcją, miałem poczucie, że to się wszystko jakoś nie klei. Świadomość pobytu w pięknym miejscu gryzła mi się z kolejnymi godzinami przed ekranem. Tworzenie przestało sprawiać mi przyjemność.

Zwrot akcji, przypadek czasem rządzi życiem

Zacząłem wdrażać intensywne treningi sportowe. To był kolejny cel, który stawiałem sobie, aby mieć powód do odejścia od komputera. W czasie jednego z nich doznałem poważnej kontuzji prawej ręki. W konsekwencji nie mogłem pracować na laptopie.

O ironio! Musiałem odstawić pracę i dopiero to uświadomiło mi, że swobodnie mogę funkcjonować bez tworzenia muzyki. Zacząłem czuć, że być może to nie jest moje powołanie. Zrozumiałem, choć wcześniej trwałem uparcie w przekonaniu, że jest zupełnie odwrotnie, że jednak mogę bez tego żyć.

Świat widziany przez pryzmat obiektywu

Puzzle same zaczęły się układać. Jakoś tak zupełnie naturalnie i płynnie pojawiły się w mojej głowie wspomnienia, w których jako nastolatek robiłem podczas podróży mnóstwo zdjęć. A podróży było wiele, bo jako młody chłopak, a później nastolatek, wyjeżdżałem z rodzicami bardzo często, zwiedziliśmy wspólnie kawał świata. Na każdy wyjazd zabierałem swoją lustrzankę i zatracałem się w robieniu zdjęć i reportaży. Uwielbiałem fotografować naturę, stroniąc raczej od portretów, robienia zdjęć ludziom czy fotografowania siebie.

Każdy powinien znaleźć swoje miejsce na ziemi

Poczułem całym sobą — MAM TO! Muszę podróżować, uprawiać sporty, propagować zdrowy styl życia i dzielić się tym z ludźmi, pokazując swój świat za pomocą zdjęć i filmów.

Chociaż to wydaje się takie proste i oczywiste, to droga do wydedukowania tego była długa i wyboista. Tak trudno było mi odnaleźć siebie i swoje miejsce, że tę podróż w poszukiwaniu celu musiałem niemal przypłacić własnym życiem.

Dziś w końcu mogę żyć totalnie tak, jak lubię, po swojemu i na swoich zasadach. Kreować, uczyć się, podążać z filmami i fotografią w dowolnym kierunku, czując się ze sobą nareszcie w pełni pogodzony. Stoję mocno na dwóch nogach i wiem, że dotarłem do celu, chociaż ów cel jest w zasadzie dopiero początkiem wielkiej przygody.

Wiem, że wszystko było po coś i żadnej z chwil w przeszłości nie uważam za straconą. Nawet wiedza o dźwięku, którą zdobyłem, pracując nad muzyką, znajduje zastosowanie i bardzo mi się przydaje podczas tworzenia filmów.

Pełnymi garściami

Zamierzam żyć w pełni, chwytając energię, zatapiając się w kreatywności i odczuwając całym sobą ekscytację przygodą. Chcę cieszyć się i łapczywie korzystać z każdej chwili, odnajdując radość w drobnych momentach. Teraz w końcu wiem i nie mam żadnych wątpliwości, że idę we właściwym kierunku. A to, co robię, jest częścią mnie. Jestem w 100% szczery i choćbym bardzo chciał, już nie mogę się oszukiwać.

Mam nadzieję, że będę w stanie Was zainspirować, pokazać Wam piękno i poruszyć Wasze serca ciekawymi projektami, naturą i wszystkim tym, co ma nam do zaoferowania.

Zapraszam, obejrzyj świat przez mój obiektyw.